piątek, 30 sierpnia 2013

Zmysłowe piątki - RÓWNOWAGA - zabawa kreatywna:)




Właśnie, na PROJEKT CZŁOWIEK znalazłam świetną kreatywną zabawę blogową.
Uwielbiam  bloga  Kajki Roo, bo tam właśnie można znaleźć mnóstwo pomysłów na spędzanie czasu z dziećmi...niestety - my mamy blogujące, czasem o tym zapominamy...


Dlatego z przyjemnością biorę udział w zabawie "Zmysłowe Piątki"




 więcej - po kliknięciu w baner zabawy - gdzieś tutaj --->>>>




Temat na dziś : RÓWNOWAGA 


Zabawa w równowagę, to jest to, co dzieci uwielbiają już od wczesnych miesięcy życia.

Pierwsze są próby podnoszenia główki - według mnie najbardziej uroczy etap łapania równowagi :)

i chyba najczęściej uwieczniany na fotografiach ;)




czwartek, 29 sierpnia 2013

Kołysanka na dobranoc...



Śpij kochanie, śpij
zamknij już znużone oczy
śnij mój skarbie śnij
niech sen Twój będzie uroczy



Biznes-Mamy z Bydgoszczy

W Bydgoszczy rodzi się kolejne dziecko:)



I nie chodzi tu o kolejnego obywatela tego niezwykłego miasta, ale pomysł bydgoskich mam, które postanowiły podziałać wspólnie i stworzyć coś wyjątkowego, coś czego ciągle brakuje w naszym mieście - miejsca, gdzie można przyjść i na neutralnym gruncie porozmawić o sobie, o swoich pomysłach, marzeniach, potrzebach i oczekiwaniach...


środa, 28 sierpnia 2013

It's alive:))))


Buziaki na dobranoc i filmowa zapowiedź nowego projektu 









Dla Szymona Piętko


Wczoraj dostałam informację na mejla, że kwota potrzebna na 3 chemię dla Szymona została uzbierana - teraz tylko trzymam kciuki, by udało mu się pokonać chorobę!

foto od rodziców: www.szymonpietka.pl

wtorek, 27 sierpnia 2013

Mama uczy się całe życie :)

To, że kreatywność naszych dzieci zaskakuje nas w najmniej oczekiwanym momencie, nie jest żadnym odkryciem, a jedną z prawd niepodwarzalnych.  Fakt, że nie raz będziemy - co najmniej - zaskoczeni tą kreatywnością,  jest - można rzec filozoficznie - dogmatem.

Ale co zrobić, aby kolejne pomysły naszych dzieci nie wywołały u nas huśtawki nastrojów przypominającej początki załamania nerwowego?!:) - na to pytanie każda z nas próbuje sobie odpowiedzieć czasami po kilka razy na dobę...





Nauka rysowania wg Viki

uwaga : post pochwalny;)

Moje młodsze dziecię zaczęło rysować i sami oceńcie - czyż jej bazgroły nie mają charakterystycznych dla ludzi kształtów?

ludzik zadziwiony


Przyznam, że jak zobaczyłam ten obrazek na znikopisie, to w pierwszej chwili na mojej twarzy pojawiło się mega rozbawienie, a potem  pojawiło się zdumienie i pewien rodzaj zachwytu, że to ona sama:)  Jednak jakoś tak mimo zapewnień z jej strony i zaprzeczeń reszty domowników wykazałam cechy matki niedowierzającej i poprosiłam o kolejnego ludzika - i wyszło tak:





poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Pomysł na obiad - rosół jak "umami" :)




Przyznam, że na rękę dziś mi było, że moje dziecię się samo bawiło. Ale wiadomo - coś za coś -   dobra zabawa naszych dzieci zazwyczaj powoduje w nas mamach huśtawkę nastrojów - od zdenerwowania, co też to nasze dziecko nawyrabiało, poprzez zakłopotanie co z tym fantem zrobić, na rozbawieniu sytuacją kończąc.

Co tym razem spowodowało we mnie ten maraton emocji?

Otóż była to próba zrobienia przez moją Viktorię rosołu dla swoich lalek, a że lalek jest dużo, to rosół trzeba było zrobić ze wszystkich 12 kostek pozostawionych przeze mnie bezmyślnie na komodzie.

Dobrze, że skończyło się tylko na poodwijaniu ich z tych wszystkich sreberek, bo podejrzewam, że pierwsza faza zdenerwowania trwałaby zdecydowanie dłużej:)

Kostki, z racji, że nie mieściły się w lalkowych garnkach, zostały umieszczone w piekarniku...hmmm...ciekawe podejście do gotowania;)






Urlop




Tegoroczny urlop był jedyny w swoim rodzaju.

Zaczął się ciekawą wodną imprezką na Wyspie Młyńskiej, czyli Water Show 2013.




sobota, 24 sierpnia 2013

Sudety w kolejnej odsłonie - Radków





W domu zrobiło się chorobowo-remontowo, a z racji, że to nasz sezon urlopowy - mi pozostaje wspominać nasze poprzednie urlopy.

W kolejnej odsłonie - Radków. Miasteczko położone kawałek za Karłowem, czyli miejscowością do której należy dotrzeć, by wdrapać się na Szczeliniec, o którym opowiem w następnym poście z cyklu "Gdzie na wakacje z dziećmi" - jak chcecie więcej poczytać, czy też pooglądać nasze dotychczasowe wyprawy, wystarczy, że klikniecie o TUTAJ :)


Dziś mały odpoczynek od wspinaczek, ale oczywiście cały czas przemierzamy nasze niższe góry, czyli kierujemy się dalej na wschód drogą 387...tak naprawdę raz jedziemy na wschód, raz na północ, a innym razem na południe, bo droga nadal wije się jak wąż, a widoki, jak już wiecie - zapierają dech w piersi:)




środa, 21 sierpnia 2013

GDZIE NA WAKACJE - można by było:)

Mąż ma w końcu urlop, ale urlopowe plany z racji chorób niezwykłych i bardziej zwyczajnych zdarzeń będących na porządku dziennym w życiu małżeństwa z kilkunastoletnim stażem, mówiąc mało kolokwialnie - poszły w łeb...pozostają więc wspomnienia fajnych czasów, co by się milej zrobiło na duszy. Dziś zebrało mi się na spacer po Błędnych Skałach - idealny pomysł na kolejną wakacyjną wycieczkę z dziećmi. No i wybór miejsca nieprzypadkowy z racji moich myśli nieuczesanych, ale to już inna historia...

W każdym razie jak przypadkiem jesteście na Dolnym Śląsku i zastanawiacie się jak spędzić tam czas, to koniecznie wybierzcie się na spacer po Błędnych Skałach.

Żeby tam dojechać należy kierować się drogą Stu Zakrętów czyli krajową drogą 387 łączącą Kudowę Zdrój z miejscowością Radków. Nie sposób nie trafić, bo miejsce jest bardzo dobrze oznaczone. Nie wiem czy obecnie coś się zmieniło, bo my byliśmy tam z 4 lata temu i wtedy można było wjechać samochodem w zasadzie na sam parking pod skałami. Skałki są na w miarę równym terenie, więc można tam wybrać się również z młodszymi dziećmi, bo wycieczka nie jest męcząca- za to bardzo przyjemna i odprężająca.

Moje zdjęcia troszkę na luzie, ale wtedy byliśmy w naprawdę radosnych nastrojach, więc wybaczcie nam, jeśli troszkę przesadziliśmy w tym naszym pozowaniu:)





wtorek, 13 sierpnia 2013

Walka z gorączką i moje rozważania czy warto i jak walczyć z gorączką u dzieci




Gorączki dzień trzeci.





Zaczęło się dwa dni temu. Viktoria obudziła się dziwnie napuchnięta. Marudna, choć złośliwa, więc nie przypuszaczałm, że ma aż taką gorączkę. Zmierzyłam temperaturę pod pachą - 38,5. Zbijać- nie zbijać...ostatnio z racji, że sama przechodziłam kilka dni wcześniej to samo, dużo szukałam w necie na temat gorączki.
Opinie - różne, czasem wręcz skrajne - odniosłam wrażenie, że w zależności od tego, czy pisze je po prostu osoba taka jak ja, czyli szukająca dobrych i mniej szkodliwych od chemii rozwiązań na chorowanie, czy też osoba zatrudniona przez firmę farmacetyczną.
W każdym razie - raz każą już temp. 38 °C  faramceutykami zbijać, innym razem w ogóle, a już w ostateczności po postu schładzać ciało naturalnie, czyli np.okładami.

O tym, że gorączka jest dobrym objawem, nie trzeba mnie przekonywać. Wiadomo, że skoro jest gorączka, to organizm walczy - wyższa temperatura, to dla naszych mechanizmów obronnych alarm, że należy działać. Jak zbijemy temperaturę - pozwolimy działać drobnoustrojom, które zaczną namnażać się w niesamowitym tempie i spowodują chorobę.

Tak więc - zdecydownie gorączki nie zbijać, ewentualnie jak już jest wyższa, to ją po prostu obiniżać.

Ale jak zwykle- tak jak łatwo się mówi w teorii, tak trudniej realizować w praktyce, a  kiedy chodzi o dziecko - łatwo o panikę.

Tutaj dodam, że nieobniżanie gorączki nie dotyczy sytuacji, gdy oragaznim źle tę temperaturę znosi- czyli pojawiają się drgawki gorączkowe, które niestety u niektóryh dzieci mogą pojawić się nawet w niskiej gorączce. Wtedy lepiej od razu zacząć ją zbijać i oczywiście zgłosić się do lekarza.

Na szczęście moja Viki nie wyglądała na gorączkującą, więc postanowiliśmy zaczekać na rozwój zdarzeń.



Viki na szczęście drgawek nie miała, a wręcz przeciwnie - wyglądała jakby miała jedynie stan podgorączkowy. Niestety po dwóch godzinach temperatura przekroczyła 39 stopni.

Znowu wujek google - i co się okazuje - znowu sprzeczne informacje. Zawsze byłam uświadamiana w przekonaniu, że dziecko potrafi znieść wyższe teperatury, a tymczasem trafiam na artykuły pełne wątpliwości...no tak, ale co się dziwić, jak obok przewija się reklamy kolejnego specyfiku na zbicie gorączki...

Wiadomo - zawsze trzeba wypośrodkować. Wszystko jest indywidulane - mój strach i moja panika też, więc jak temperatura przekroczyła 39,5 - nie czekałam i zaaplikowałam czopek z ibuprofenem. Tym bardziej, że czym większa była temperatura, tym większy sprzeciw ze strony Viktorii wobec prób zakładania chłodnych okładów. Do okładów użyłam pieluszek tetrowych, które pociełam w paski i obwiązałam jej nogi i ręce. Oczywiście przedtem namoczyłam je w wodzie - ale nie lodowatej.



Uznałam, że lepiej, by były troszkę chłodniejsze niż ciało- ale niezbyt zimne, żeby nie spowodować szoku termicznego. Choć przyznam, że spotakałam się z zaleceniami, żeby np. lód owinąć w szmatkę i tak robić okłady...hmmm...troszkę to zastanawiające- zwłaszcza, że ostatnio trąbi się dookoła, żeby np. klimatyzacji nie ustawiać na zbyt niską temperaturę, bo można sobie zaszkodzić. Nie wiem, może się mylę, ale wg mnie lód - owszem - ale chyba już w skrajnych sytuacjach, kiedy temperatura ciała przekracza 41 stopni i stanowi zagrożenie dla życia, a inne metody jej obniżenia nie działają. Uważam, że brakuje w Interenecie rozsądnych informacji nie tylko na temat gorączki i szkoda że dziś można napisać wszystko - zwłaszcza, że za to płącą. Jeszcze kilka lat temu nie było tylu sprzecznych informacji na dany temat, a dziś coraz trudniej o rzetelne opinie.

Oczywiście wraz z zastosowaniem rad na gorączkę znalezionych w Internecie i podzielonych przez własną rozwagę - rozwaga kazała mi zadzwonić na pogotowie.

POGOTOWIE:

Po zrealacjonowaniu przeze mnie sytuacji - włącznie ze wspomnieniem, że kilka dni temu Viki miała dziwną wysypkę - mam wrażenie, że jest ona kluczowa w postawieniu diagnozy, no ale Pani z pogotowia kompletnie się tym nie przejęła i tylko rzuciła książkowe zdanie:

- "W tej sytuacji proponuję zadzwonić na nocny ostry  dyżur i zażądać wizyty domowej" ...

...oczywiście, żeby nie było- nie oczekuję od Pani z pogotowia postawienia diagnozy - tym bardziej przez telefon. W zasadzie zaproponowała najlepsze rozwiązanie. W końcu gorączka to nie choroba i po co od razu dziecko szpitalami męczyć.

Zadzwoniłam, więc do całodobowej przychodni.

NOCNY DYŻUR:

Po długiej rozmowie, podczas której Pani wypytuje mnie o szczegóły zarówno personalne, jak i historię choroby, pada szybkie zdanie:

- "Momencik, właśnie przechodzi lekarz - najlepiej porozmawia Pani bezpośrednio z nim"...

...a czułam, że ta wizyta domowa, to wcale nie tak łatawa sprawa...

Znowu rozmowa z lekarzem, która przebiega podobnie, na szczęście już oprócz wymieniania personaliów, a na koniec pytanie:

- "Na pewno chce Pani wizytę domową? Nie lepiej podjechać samemu? Oj, ja to pewnie będę u Pani dopiero za kilka godzin...moment, zaczeka Pani- skonsultuję się z pediatrą...."

cisza...

w mojej głowie mętlik - o co tu chodzi?...po chwili słyszę w słuchawce:

- "Halo? - lekarz będzie jeszcze z Panią rozmawiał?"

{...} ...a skąd jak mam niby to wiedzieć!?! - pomyślałam - jednak spokojnie zrelacjonowałam pielęgniarce, jak wyglądała rozmowa z lekarzem, ona dodała mi kilka ważnych informacji w temacie wizyt domowych i  pomału zaczęłam sobie układać całość tego przedsięwzięcia o szumnej nazwie wizyty domowe.

Tak więc, na wizyty domowe jeździ taki starszy stażem i wiekiem lekarz internista. Znam go osobiście- to bardzo fajny Pan - i tylko bardzo fajny Pan...faktycznie powinnam ponownie zastanowić się nad sensem takiej domowej wizyty...
Rozmowa z nocnym dyżurem zakończyła się obietnicą oddzwonienia przez pediatrę, jak tylko znajdzie czas. Odłożyłam słuchawkę z lekkim niedowierzaniem i z odrobiną irytacji...maskara jakaś, no ale to było przecież do przewidzenia...jedynym plusem tej żałosnej rozmowy, było to, że w jej czasie gorączka Viki zaczęła spadać i kiedy ( o dziwo - dość szybko!) oddzwoniła pediatra - wynosiła bezpieczne 38,5, a  u Viki nastąpiła reakcja, jakby w podanym czopku zamiast leku obniżającego gorączkę, był co najmniej jakiś dopalacz. Z Panią bardzo mile się rozmawiało, uspokoiła mnie troszkę i utwierdziła w przekonaniu, że moje działania są jak najbardziej słuszne i póki nie ma innych objawów niż gorączka, nie ma co panikować.
Umówiłam się, że jeśli w nocy nastapi jakiś gorączkowy kryzys, to od razu dzwonię do przychodni.

Przedział do 39 °C to dobra gorączka dla chorego organizmu, pod warunkiem, że oraganizm wygląda dobrze:) Viki nie wyglądała na chorą - wręcz przeciwnie. Bardzo szybko wróciły jej siły witalne. Do tego stopnia, że mimo późnych godzin nocnych, zaczęła biegać, skakać i nabrała niesamowitej ochoty na zabawę. Podejrzewam, że gorączka całkiem ustąpiła,  choć przyznam, że już jej więcej nie mierzyliśmy.

Poszlismy spać. Położyłam ją do naszego łóżka, żeby kontrolować jej temperaturę. Bardzo dobrze zrobiłam. Obudziłam się nagle około godziny drugiej. Dotknęłam jej czoła- było mega rozpalone. Na dotyk stwierdziłam, że gorączka musi być jeszcze wyższa niż do tej pory - i nie myliłam się - na termometrze pokazało się 39,9! Przyznam, że spanikowałam.

Ponownie zaaplikowałam czopek i zaczęliśmy chłodne okłady. Viki marudziała i co najgorsze - sama chciała jachać do szpitala twierdząc, że czuje się źle. Do tej pory na lekarza reagowała buntem, więc tym bardziej wystraszyłam się, że coś jest nie tak. W dodatku zwymiotowała. Po głowie zaczeły mi chodzić historie, jak to lekarze ignorowali gorączkę u dzieci i kończyło się to tragicznie. Na szczęście mąż zachował zdrowy rozsądek.

Oczywiście zadzwoniłam na nocny dyżur, choć przyznam, że pierwsza moja myśl to było jechać do szpitala. Niestety, Pani powiedziała nam, że może być problem jak pojawimy się tam bez skierowania, więc lepiej najpierw do niej po to skierowanie przyjechać. Całe szczęście, że Viki zwymiotowała, bo trzeba było ją umyć. Pomyślałam, że kąpiel będzie idealna - tym bardziej, że to najlepsza metoda na ochłodzenie oraganizmu. Minęło więc troszkę czasu, zanim dotarlismy do lekarza i już na miejscu okazało się, że gorączka znowu spadła do 38.

Generalnie wizyta nie wniosła nic nowego. Być może to gorączka trzydniowa, a może coś się kluje...obserwować, obniżać gorączkę jak zbyt wysoka i tyle zaleceń.

...no i tak się kluje od niedzieli...wczoraj wysokiej gorączki było już mniej - jedna późnym popołudniem i druga - znowu po północy. Tak więc ciekawe w tej infekcji jest to, że gorączka pojawia się niemalże "z zegarkiem w ręku" .

Niestety oprócz gorączki Viktoria zaczęła marudzić, że bolą ją plecy. Niby to tylko takie dziecięce marudzenie, ale obawiam się, że to jest przyczyna gorączki, czyli jakaś infekcja nerek. Wczoraj prawie cały dzień przespała i po masażu pleców- ból ustąpił, więc nie męczyłam jej po lekarzach. Tym bardziej, że jak zadzwoniłam do przychodzi, okazało się, że niestety, ale lekarz do domu nie przyjedzie. Jeśli uważam, że to takie pilne, powinnam zapakować gorączkujące dziecko i sama dotrzeć, a na moją uwagę - czy to na pewno dobre dla niej będzie, bo na dworze przecież jest dość wietrznie - pani doktor oświadczyła, że w takim razie najlepiej zaczekać, aż gorączka spadnie i wtedy przyjechać. Obawiałam się, że moja jazda będzie na marne, bo Viki bez gorączki wygląda jak okaz zdrowia. Oczami wyobraźni zobaczyłam,  jak godzinami czekamy na swoją kolejkę w przeludnionej poczekalni, pełnej innych niepotrzebnych infekcji, więc zrezygnowałam. Tym bardziej, że jak gorączka opadła już nie narzekała na bóle.

Dziś Viki spała prawie, że do południa, więc pozwoliłam sobie na tę goraczkową relację. Niestety pojawił się też kaszel, który mnie już męczy od kilku dni. Kaszel też jest specyficzny - niby jest suchy, ale bardzo uciążliwy, a kaszle się dopóty, dopóki nie odkrzstusi się wydzieliny - wyraźnie czuję jak coś mokrego odrywa się w kratni.
Mam wrażenie, że u Viki to ten sam rodzaj kaszlu. Postanowiałam więc zawieźć jej mocz do analizy i jak będzie coś nie tak, to chyba skorzystam z prywatnych usług lekarza, bo wtedy docierają do domu bez oporów:) No chyba, że okaże się, że przychodnia będzie pusta - odwiedimy naszego rodzinnego.

Jestem taka zła, że złapałam tę dziwną infekcję i zarażam nimi wszystkich domowinków...no i co to jest - może ktoś miał do czynienia z podobnym przypadkiem?

Czuję tylko, że muszę teraz zaopatrzyć się w jakiś dobry syrop odkrztuśny, żeby nie doprowadzić, by ta wydzielina zaległa w płucach...Tylko jaki syrop jest naprawdę dobry....?

Warto zaufać sugestii lekarza w tym zakresie, czy znowu szukać opinii w Internecie...tylko jak już wspomniałam - ostatnio, o rzetelne opinie trudno - nadzieja jedynie w bezpośrednich wypowiedziach rozdziców takich jak Ja, czy Wy...:) - więc będę wdzięczna za sprawdzone metody na kaszel, a raczej pozbycie się zalegającej wydzieliny.


pozdrawiam:)


ps. przy okazji gorączki skusiłam się na kupno bezdotykowego termometru - temat na kolejny artykuł- niezbyt pochlebny dla tego ustrojstwa :(



sobota, 10 sierpnia 2013

Gdzie na wakacje z dziećmi - Dolny Śląsk - dalsze zwiedzanie

Nasza wycieczka po Dolnym Śląsku trwa - na blogu oczywiście;)

 Ostatnio byliśmy w jaskiniach - dzisiaj troszkę odpoczniemy - czas w końcu na nocowanie:)

Jak już wspomniałam w poprzednich postach - jako bazę wypadową do wycieczek po okolicy Kotliny Kłodzkiej polecam Stronie Śląskie.

Mnóstwo tu mniejszych i większych pensjonatów, domów wczasowych czy hotelików. My latem trafiliśmy na gościnę w uroczym pensjonacie rodzinnym Kukułka.

Polecam, bo dom stworzony z pasją - aż miło spędzać tam czas:) Pokoje urządzone z charakterem, a jedzonko - po prostu pycha:) - a cena  przyzwoita;)

W środku mnóstwo fascynujących przedmiotów, które tworzą klimat tego miejsca, a do tego miła gospodyni, która chętnie poleci, gdzie warto pojechać.













Ze Stronia blisko jest wszędzie. Można pojechać nad zalew do Starej Morawy - podobno w tym roku został całkowicie odnowiony i jest mnóstwo nowych atrakcji.


 A jak kto ma dość upałów - można ponownie zejść w podziemia - tym razem do kopalni uranu w Kletnie - nieczynna oczywiście, więc bez obaw o napromieniowanie





można pozwiedzać okoliczne wapienniki - najbardziej znany to ten w Kletnie, a w drodze powrotnej po prostu rozłożyć się na zboczu jakieś górki i podziwiać chmury











Koniecznie trzeba wybrać się na Czarną Górę.












tam na dole zostałam ja...tym razem lęk wysokości wygrał...a w zasadzie lęk przed korzystaniem z  urządzeń na wysokościach




czyli wyciągu krzesełkowego - choć wygląda przyzwoicie:)




a to miejsce pokażę Wam kiedyś w innej odsłonie;)


ale to za kilka miesięcy:)





  Kolejną ciekawą miejscowością, którą warto odwiedzić jest Międzygórze - miejscowość typowo górska - większość domków ulokowana na zboczach gór. Jest to dawny niemiecki kurort, dlatego mnóstwo tu domków charakterystycznych dla zabudowy tyrolskiej - samo oglądanie tych budynków jest po prostu niezwykłe. Miejscowość znana jest z położonego w okolicy Sanktuarium Matki Boskiej Śnieżnej, zapory przeciwpowodziowej oraz przepięknego wodospadu na rzece Wilczce - w samym środku miejscowości. W parku przy wodospadzie mieści się też Ogród Bajek.









...bardzo marzy mi się, aby w Międzygórzu właśnie spędzić nasz tegoroczny urlop, ale już sama nie wiem jak to będzie...


pozdrawiam weekendowo:)







czwartek, 8 sierpnia 2013

Mama chora...

mama chora być nie powinna, ale bywa...

nie może marudzić, nie może stękać...bo morale rodziny i tak już niskie, spadają:)

nienawidzi chorować, bo to dezorganizuje całe życie...ale choruje...nie chce mówić, że ma dość, ale ma dość...wiem, że to nie koniec świata - tym razem najprawdopodobniej jakaś angina, ale jak zaledwie kilka dni temu były problemy z kręgosłupem, a wcześniej z  układem pokarmowym, a przed tym wszystkim epizod z niezamierzoną próbą amputacji własnego palca, to mama zaczyna się zastanawiać o co chodzi...

mama chciałaby zrobić dużo fajnych rzeczy, ale jak tylko zaczyna działać, to dzieje się coś dziwnego z jej zdrowiem...zaczynam zastanawiać się nad założeniem bloga chorobowego;) - chyba lepiej bym się w tym realizowała...:D


po co ten wpis?

bo pomyślałam sobie, że przy tej okazji zaprezentuję Wam specyfik, który postawił mnie na nogi...jeszcze rano leżałam w gorączce i drgawkach, a moje gardło bolało nie do zniesienia...przypomniałam sobie jednak, że mam w domu domowej roboty propolis.

Ostatnio przez moje zbyt częste chorobowe przypadki zaczęłam inaczej patrzeć na chorowanie. Coraz bardziej przychylam się do opinii, że dużą rolę odgrywa nasza podświadomość i nie zawsze warto od razu sięgać po antybiotyki, albo inną chemię, bo pomaga na jedno, a na drugie szkodzi, a akurat to szkodzenie dało mi się bardzo we znaki...Nie wiem, czy słyszeliście o teorii jakoby bakterie i wirusy obecne przy infekcji, były jak strażak przy pożarze - są obecne, bo walczą o naszą odporność, ale właśnie pomagają wrócić do zdrowia - owszem można je zwalczyć i wyleczyć chorobę chemią właśnie- ale to tak jakby usunąć strażaków z miejsca pożaru - a zamiast tego spuścić z powietrza na palący się dom hektolitry wody - pożar zostanie zagaszony, ale zniszczeń zdecydowanie będzie więcej, niż przy tradycyjnym gaszeniu...oczywiście to duże uogólnienie, ale ja zaczynam widzieć w tym sens...

Tak więc moje leczenie jest bardzo naturalne - po pierwsze herbatki oczyszczające organizm (jak pokrzywa lub ostrożeń), po drugie  naturalny antybiotyk, czyli czosnek, a po trzecie wspomniany propolis. Efekt jest taki, że w trzecim dniu chorowania, czuję się już w miarę- szczerze wątpię,by antybiotyk tak szybko postawił mnie na nogi...

Oprócz kanapek z pomidorem i czosnkiem, piłam wspomniane herbatki i zrobiłam sobie płukanie gardła, a potem, co jakiś czas smarowałam chore miejsca w gardle przy pomocy patyczka umoczonego w propolisie. Odruch wymiotny gwarantowany, w dodatku piekło niemiłosiernie, ale z dwojga złego wolałam to pieczenie, niż bolące gardło. Aż do tej pory leżałam w łóżku- jak na złość- co zasnęłam, to budził mnie jakiś mało ważny telefon. Na szczęście starszy syn wykazał się dużym zrozumieniem i nie dość, że zaopiekował się dzieciakami, zrobił obiad, to jeszcze posprzątał mieszkanie...;)

Wróćmy jednak do propolisu. Pewnie znacie go z aptek - są maści, tabletki, globulki, kremy i inne specyfiki z jego dodatkiem. Ma udowodnione właściwości bakteriobójcze, antywirusowe i przeciwgrzybiczne - stąd jego szeroki zakres zastosowania od przyspieszenia gojenia ran, poprzez leczenie przeziębienia, a kończąc na  wzmacnianiu odporności.  Moja babcia zawsze samodzielnie wyrabiała taki propolisowy płyn - kit pszczeli zalewa się spirytusem i po jakimś czasie otrzymuje się ciemno-brązowy roztwór, który ma rewelacyjne działanie - przede wszystkim w gojeniu ran. W zasadzie kolor zależy od tego jakiego rodzaju jest kit pszczeli- ale nie uważa się by miało to wpływ na jego działanie terapeutyczne, choć przyznam, że ten babciny był właśnie taki brunatny i był rewelacyjny. Teraz propolis robi tato- jest bardziej ciemnożółty - uważam, że ma mniejsze właściwości prozdrowotne.

Propolis ma silne właściwości przeciwzapalne, dlatego warto zastosować go we wspomaganiu leczenia przeziębienia i innych grypopodobnych choróbsk. Szkoda, że pierwszego dnia zlekceważyłam sobie pierwsze objawy choroby, bo pewnie nie doprowadziłabym się do takiego stanu. Na szczęście jest już lepiej, a przy okazji miałam możliwość zaprezentowania tegoż specyfiku, bo pewnie niektórzy nawet nie zdają sobie sprawy z jego właściwości. Biegamy po lekarzach, faszerujemy się przypisanymi przez nich chemicznymi medykamentami, a często zapominamy jak dużą moc mają naturalne preparaty...a natura, wie co dla nas najlepsze...




środa, 7 sierpnia 2013

Gdzie na wakacje z dzieckiem - Jaskinie Dolnego Śląska

Dziś zejdziemy do podziemi.

Byliśmy już w Złotym Stoku, stamtąd pojechaliśmy do Lądka Zdroju - a będąc w tych okolicach warto zdobyć pobliską Jaskinię Radochowską.

Do Jaskini dojeżdżamy kierując się wg oznaczeń na drodze - szlaki prowadzą z miejscowosci Radochów, która leży przy drodze Lądek - Kłodzko.

Do jaskini dochodzimy lasem, ale można tam też dojechać autem - na polanę przed jaskinią.

Tam czeka na nas przewodnik. Zostajemy zaopatrzeni w kaski i latarki i wyruszamy na zwiedzanie.

Do jaskini weszliśmy jednym z trzech sztucznie utworzonych wejść.


Jaskinia jest o tyle ciekawa, że zwiedzamy ją właśnie przy świetle latarki- wyobraźnia działa :D



 - akurat zwiedzaliśmy ją w towarzystwie 4-osobowej rodzinki i Pan przewodnik wziął pod uwagę swoją młodszą klientelę i ubarwiał wycieczkę ciekawymi historyjkami.



Nacieki w jaskini nie są zbyt pokazowe, ale w świetle latarki draperie i nieliczne stalaktyty i stalagmity  wyglądają naprawdę okazale:) 





Uważana jest za jedną z większych i najlepiej poznanych jaskiń w Sudetach - oczywiście my jako nieprzygotowani turyści zwiedziliśmy tylko jej maleńki fragment, ale jak kto lubi extreme- może tam się wybrać na prawdziwe "grotołażenie":) 




Warto dodać, że wewnątrz znaleziono m.in. kości niedźwiedzia i hieny jaskiniowej, dzikiego konia,  czy nosorożca włochatego. Ciekawym znaleziskiem były czaszki tegoż niedźwiedzia ułożone w rzędzie. Trudno ocenić, czy tak ułożono je w późniejszym czasie, woda je tak podmyła, czy jak się domniemywa - był to rodzaj pochówku, bo być może niedźwiedź jaskiniowy nie był tylko zwierzyną łowną, ale też obiektem kultu. Na pewno stanowił zagrożenie dla naszych prehistorycznych przodków - największe osobniki ważyły prawie tonę- były więc zdecydowanie większe niż współczesne niedźwiedzie.

Nadal żyje tu wiele wyjątkowych "zwierzaków jaskiniowych" - ale już nie tak wielkich i okazałych jak w poprzednich erach. Zimują tu też nietoperze, na szczęście żadnego nie spotkaliśmy:)
 Wewnątrz panuje stała temperatura, ok. 9 °C - warto więc ubrać cieplejsze rzeczy - nawet jak na dworze upał.  



Najbardziej atrakcyjna w podziemnych korytarzach jest tzw. Komora Gotycka, w której znajduje się podziemne jeziorko krasowe - tak czyste i przejrzyste, że trzeba było sprawdzić czy to na pewno tafla wody:) 

Dodam, że cała jaskinia to pomnik nieożywionej przyrody.


A wracając do Radochowa zatrzymaliśmy się na zboczu góry - w poszukiwaniu miejsca idealnego wypoczynku;)










...a jak już wciągnie Was "grotołazing"- koniecznie wybierzecie się do pobliskiego Javornika- już po czeskiej stronie, tylko kilka kilometrów od Lądka.

Jest tam przepiękna jaskinia krasowa- Jaskinia na Pomezi - alternatywa dla naszej Jaskini Niedźwiedziej, do której niestety trzeba się zapisywać długo, długo naprzód. My zazwyczaj na nasze wszystkie wycieczki decydujemy się bardzo spontanicznie, więc w pierwszym podejściu zwiedzenie tej jaskini nie było nam pisane. Na szczęście w oczekiwaniu na możliwość załapania się na zwiedzanie, polecono nam tę czeską jaskinię - bez żadnego problemu można było tam wejść. Niestety nie wykupiliśmy karty-foto i nie posiadamy żadnych zdjęć z  tego miejsca - tym bardziej - kto ma możliwość niech się tam wybierze, bo naprawdę warto. Bardzo ciekawa była też oprawa wycieczki - Pani starała się jak mogła tłumaczyć nam na polski i wychodziły z tego zabawne sytuacje. Z kolei my co chwilkę podśmiechiwaliśmy się z tego ich czeskiego - choć ja przyznam nie mam problemów ze zrozumieniem, mimo, że często wyrazy brzmią identycznie, a znaczą zupełnie co innego. Do dziś nie wiem co w ich języku oznacza nasze "maczuga herkulesa"  bo jak Pani jeden ze stalagmitów nazwała w ten sposób - specjalnie dla nas wymawiając to znaczenie po polsku - wszyscy wybuchnęli gromkim śmiechem:)
Zwiedzanie było więc nie dość, że ciekawe, to jeszcze zabawne - ale to chyba domena tych okolic;)

Samo miasteczko Javornik też jest bardzo klimatyczne - w jednej z restauracji zjedliśmy sobie pyszną zupkę- zgadnijcie jaką?...:)...a i Czesi bardzo pogodni:)

O jaskini Niedźwiedziej już wspomniałam - jak planujecie wypad w te okolice Sudetów- pamiętajcie, żeby zarezerwować sobie zwiedzanie kilka tygodni naprzód - możecie też koczować pod wejściem - w końcu się udaje, ale o tym już innym razem...




...a mi się marzy  taki domek w górach...